sobota, 26 listopada 2016

5.Nie, nie uważam Cię za stratę czasu Caroline

          Wydawało mi się, że jechaliśmy całą wieczność. Klaus nie odezwał się ani słowem. Jechał dość ostrożnie, w porównaniu do tego jak zwykle prowadził Damon. Cisza już zaczynała mi przeszkadzać, ale w pewnym sensie bałam się ją przerywać. Nagle zaczął dzwonić mój telefon. Wyjęłam go z torebki i spojrzałam na wyświetlacz 'Elena'. Klaus spojrzał lekko zirytowany
-Pozwól, że ja odbiorę, kochana - powiedział i zanim zdążyłam odpowiedzieć wyjął telefon z mojej dłoni i wcisnął zieloną słuchawkę. - Witaj, panno Gilbert. - przywitał ją chłodnym tonem z charakterystycznym akcentem.
-Klaus...daj mi Caroline! - nakazała zdenerwowana Elena
-Caroline nic nie jest, myślę, że ona doskonale wie, że jej nie skrzywdzę - powiedział po czym się rozłączył. Oddał mi telefon bez słowa wpatrując się w drogę.
-Klaus...umiem sama odebrać swój telefon- powiedziałam stanowczo.
-Oczywiście. - odpowiedział krótko. Tyle było naszej rozmowy. Pierwotny nie lubił rozmawiać o głupotach, ale zawsze znajdywaliśmy wspólny temat i myślę, że całkiem dobrze nam się konwersowało. Jego obojętność trochę mnie dziwiła, a trochę przerażała. Był jakiś inny. Trochę nieobecny. Moje przemyślenia przerwał znak wskazujący drogę do Nowego Orleanu . 30km w prawo i będziemy na miejscu. Nie mogłam się doczekać. Jakie było moje zdziwienie,gdy samochód skręcił w przeciwną stronę.
-Gdzie jedziemy ? - spytałam trochę już spanikowana.
-To niespodzianka - odpowiedział i zaczął zwalniać. Byliśmy na jakimś kompletnym odludziu. W środku lasu. Nie miałam pojęcia dlaczego mnie tu zabrał.
-Klaus! - krzyknęłam na niego - Co my tu robimy? - nie odpowiedział. Wysiadł z samochodu i w wampirzym tempie otworzył moje drzwi. Podał mi rękę jak gentelman. - Nie ma mowy. Nie wysiąde póki nie powiesz dlaczego tu przyjechaliśmy.
-Caroline, najdroższa, nie rób miny obrażonego dziecka - zaśmiał się. - Chodź to wszystko ci wytłumaczę. - znowu podał rekę. Zignorowałam ją i sama wysiadłam z samochodu. Klaus zaczął iść przed siebie. Stwierdziłam, że chyba powinnam iść za nim. Jednak wyostrzyłam wszystkie myśli nie czułam się bezpiecznie. Przez kilka minut szliśmy przez las, nagle hybryda się zatrzymała.
-Zamknij oczy
-Co?
-Nie bój się zaufaj mi i zamknij oczy - powiedział spokojnie -Może ci pomogę -podszedł do mnie od tyłu i położył mi dłonie na oczach. Chciałam się wyrwać , ale nie bałam się go , mimo zasłoniętych oczu czułam się bezpieczna. Szliśmy powoli. Jeden krok, drugi, trzeci .
-Niespodzianka - szepnął Klaus i odsłonił mi oczy. Zobaczyłam piękne jezioro oświetlone z każdej strony, A obok stał piękny drewniany domek. Przypominał mi ten rodziców Eleny, a właściwie jej adopcyjnych rodziców. Nie ważne
-Wow - powiedziałam - całkiem miły widok
-Wiedziałem że ci się spodoba - uśmiechnął się szeroko - wejdźmy do środka
-Możemy ? W sensie nie zostaliśmy zaproszeni , ani nic...
-Nie martw się najdroższa, właściciele zostali moim obiadem
-Klaus! - zganiłam go - Mam nadzieję, że to żart
-Oczywiście. - powiedział z uśmiechem . Weszliśmy do środka. Było bardzo przytulnie i całkiem ładnie. Ale nie dałam się zwieść. Miał mi wytłumaczyć o co tu wszystko chodzi. Mieliśmy być w Nowym Orleanie. A nie w jakimś lesie. Czy to był podstęp, żeby mnie tu zaciągnąć?
-A teraz mów co tu robimy - nakazałam stanowczo  - I liczę na szczegółowe wyjaśnienia.
-Cóż... usiądź kochana. - nakazał krzesło. Usiadłam. Siadł naprzeciw i nie spuszczał ze mnie wzroku. -Kiedyś wraz z moim rodzeństwem mieszkaliśmy w Nowym Orleanie. Miasto należało do nas. Ale jak już nie mogliśmy długo nigdzie zostać, z powodu Mikela. W nowym Orleanie również nas znalazł. Wybuchł pożar. Myślałem, że zginął w nim Marcel. - zrobił pauzę - Gdy go poznałem był chłopcem, który pracował na plantacji. Był bity, wykorzystywany, jego ojciec pozwolił by tak go traktowano. Przypominał mi mnie. - przerwał. Widziałam smutek w jego oczach. I złość. Dużo złości. Mimowolnie położyłam dłoń na jego,mając nadzieję ,że to go trochę uspokoi. Pierwotny popatrzył mi w oczy.
-Mów dalej ... - powiedzialam spokojnie.
-Marcel był dla mnie jak syn. Razem z rodzeństwem zajmowaliśmy się nim. A on dorastał. Chciał być taki jak my. Chciał być wampirem. Ale też bardzo chciał Rebeki. Zwykle pozbywałem się adoratorów siostry -przerwał.Chyba czekał na moją reakcję, ale mimo, że jego wyznanie zaczęło mrozić mi krew w żyłach. Pozostałam nie wzruszona. Klaus się przede mną otworzył i chciałam wiedzieć więcej.- Rebekah twierdziła, że to ten jedyny... więc dałem mu wybór mógł albo do końca swoich ludzkich dni być z nią, albo zostać wampirem. Wyobraź sobie jaka była mina mojej siostry, gdy wyjąłem z niej sztylet i okazało się, że jej ukochany woli zostać nieśmiertelnym, niż być z nią. I gdy okazałem swoją łaskę i pozwoliłem im być razem. Gdy wszystko zaczęło wracać do normy pojawił się mój ojciec. My uciekliśmy, ale dla Marcela nie było ratunku.
-Klaus...bardzo mi przykro z powodu tego co się stało - zaczęłam spokojnie- Rozumiem twój ból. - położyłam mu rękę na ramieniu. Hybryda jednak się nie uspokoiła. Wstał i uderzył w stół robiąc w nim dziurę, po czym kopnął krzesło na którym przed chwilą siedział.
-Nic nie rozumiesz Caroline. - warknął. Teraz to już zaczynał mnie trochę przerażać. Był wybuchowy. Poza tym miał jakiś 1000 lat. Cała jego przeszłość była dla mnie nie do ogarnięcia. Gdy wydawało mi się, że już wszystko wiem dowiadywałam się czegoś nowego. Był kimś kto głęboko zakopuje swoje rany, ale gdy je odkopuje nie reaguje smutkiem jak większość osób tylko złością.-Może zrozumiesz to, że gdy wróciłem do Nowego Orleanu, okazało się, że Marcel ma się bardzo dobrze. Że zagarnął moje imperium. Podczas, gdy ja uciekałem przed Mikelem i siedziałem w tym waszym durnym Mystic Falls on mieszkał w moim domu. Spał w moim łóżku. I wmawiał ludziom ,że znak m pochodzi od imienia Marcellus. Nie,  M jak Mikelson! - ryknął i kopnął drugie krzesło. Podeszłam do niego ostrożnie. Był naprawdę zdenerwowany. Przez ten czas, gdy go nie było zapomniałam o jego porywczości i czy naprawdę nigdy by mnie nie skrzywdził? W końcu zasztyletował swoje rodzeństwo naprawdę wiele razy. Zabił naprawdę wielu niewinnych. Wielokrotnie krzywdził albo chciał skrzywdzić moich przyjaciół.
Gdy stanął przy oknie, wiedziałam że zaraz je rozbije. W wampirzym tempie znalazłam się przed nim.
-Klaus...uspokój się ..proszę. - powiedziałam spokojnie patrząc mu w oczy. - Wiem, że to było dla ciebie trudne, ale proszę.
-A wiesz co w tym jest najgorsze ? - był spokojniejszy, ale teraz jego głos był pełny goryczy - Że to moja siostra i Marcel sprowadzili Mikela do Nowego Orleanu. Sprowadzili go, bo chcieli mojej śmierci. Chcieli mnie zabić tylko po to by być razem. I dowiedziałem się tego dopiero teraz. Przez te wszystkie lata Rebekah ukrywała to przede mną, a ja zastanawiałem się jak nas znalazł i tęskniłem za tamtym życiem. Myślałem wiele razy jak by to wyglądało gdybyśmy tam zostali.
Teraz byłam w szoku. Wiem,że Klaus nie zawsze był w porządku wobec Rebeki. Co ja mówię, traktował ją okropnie, ale czy to powód by chcieć śmierci własnego brata? Zaczynałam rozumieć dlaczego Klaus był taki wybuchowy. Ojciec, który go nienawidził, matka która chciała zabić swoje dzieci, używając do tego podstępu, całe jego rodzeństwo spiskujące przeciwko sobie nawzajem. Wyciągnął pomocną dłoń do tego Marcela, a on tak mu się odpłacił.
-Teraz Elijah i Rebekah są uwięzieni na cmentarzu. Zamknęła ich tam pewna mściwa czarownica, z nadzieją, że zabiję swoją siostrę i naprawdę chciałem to zrobić... ale wtedy zadzwoniłaś.
-Czyli Rebekah ma u mnie spory dług wdzięczności - powiedziałam obracając to trochę w żart
-Można tak powiedzieć - odpowiedział i delikatnie się uśmiechnął - Dlatego nie mogę zabrać cię od razu do Nowego Orleanu, rano moje rodzeństwo będzie wolne i wtedy pomogą zapewnić ci bezpieczeństwo. - dokończył. - A teraz możesz iść do drugiego pokoju położyć się spać. Pewnie jesteś zmęczona podróżą
-A ty ? - spytałam zaskoczona chyba nie zamierzał zostawić mnie tu samej. Co prawda jestem wampirem,ale dalej przerażała mnie myśl zostania samej w domku w środku lasu.
-Ja zostanę tutaj. Domek jest mały. Jedna sypialnia. - wyjaśnił - Chyba, że chcesz mnie zaprosić do swojego pokoju - dodał uśmiechając się łobuzersko.
-Nie sądzę - odpowiedziałam i zaczęłam kierować się w stronę pokoju. W drzwiach jednak się zatrzymałam była pewna rzecz która nie dawała mi spokoju.
-Klaus...
-Tak? - przestał wpatrywać się w okno i odwrócił się w moją stronę. Chciałam zapytać go o to o czym mówił Tyler, jednak stwierdziłam, że to może go tylko zdenerwować, a na dzisiaj już wystarczy. Zamiast tego pomyślałam, że zapytam o co innego.
-Powiedziałeś że traciłeś czas będąc w Mystic Falls...- zaczęłam. Nie spuszczał ze mnie wzroku czekając na właściwe pytanie. Tylko sama nie wiedziałam jak mam je zadać. Nie chciałam wyjść na śmieszną, a tym bardziej na żałosną. - To co ja właściwie tu robię? - usłyszałam własne słowa. świetnie Caroline, normalnie świetnie. Jakbym nie mogła po prostu się zamknąć i iść spać.
Klaus w wampirzym tempie znalazł się tuż przede mną.
-Nie, nie uważam cię za stratę czasu, Caroline. - powiedział po czym delikatnie musnął moje wargi swoimi i zanim zdążyłam zareagować rozpłynął się w powietrzu. Po prostu idealnie. Chociaż może lepiej, chyba nie miałam ochoty na tą rozmowę. Zresztą wydawało mi się, że wszystko sobie wyjaśniliśmy, wtedy w lesie w Mystic Falls. Tylko wtedy myślałam, że już więcej go nie zobaczę. Przeklęłam w myślach jeszcze kilka razy Katherine. I poszłam do pokoju położyć się spać.



2 komentarze:

  1. Jak na początkującą jesteś naprawdę dobra. Powinnaś jednak określić w przybliżeniu datę następnego wpisu. I może gdybyś zrobiła jakieś "zakładki" czy szablon oraz obcje "komentując jako anonim" miałabyś więcej czytelników.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wpisy będą od teraz pojawiać się regularnie raz w tygodniu : ) Środa/czwartek. Odebrałam laptopa z serwisu wszystko działa i można pisać. Właśnie muszę się tym zająć. Myślę że będę miała chwile w tym tygodniu ; )

      Usuń